Witajcie

Czasami jadąc pociągiem mam pół godzinki, aby sobie trochę pomyśleć. Ostatnio myśli te są dość smutne, choć należy się cieszyć z ich pojawienia, gdyż ponieważ może coś zmienią. W tym że pociągu, można natknąć się na przeróżnych ludzi, całkowity przekrój w zależności od godziny podróżowania oraz przedziału. No i tak myśląc sobie przypominam sobie czasy, kiedy to mijając „pijaczków” siedzących gdzieś na ławeczce myślałem, że już niewiele niżej da się upaść. Teraz zaczynam się zastanawiać, kto z nas prowadzi szczęśliwsze życie. Ich codzienny wręcz leniwy poranek a moje bieganie miedzy przedszkolem, szkołą na pociąg do pracy. Dzień oni spędzają na rozmowach, mają masę czasu na przemyślenia, być może realizują swoje marzenia, mikro czas poświęcają, aby zdobyć kilka monet na niezbędne dla nich środki do życia (wiele nie potrzebują), a ja po porannej pogoni, pracy, powrocie do domu zjedzeniu obiadu mam maksymalnie 4 godziny, aby coś zrobić zanim nastanie zmrok (to tylko w lato, bo w zimę takich godzin mam 0). Wieczór spędzam nad planowaniem jutrzejszego dnia, to znaczy całych czterech godzin, które jak wszystko dobrze pójdzie będę mógł poświęcić na to, co lubię. A przecież jest masa ludzi, którzy po powrocie do domu nie mają siły nawet kiwnąć palcem.

Czy o takim życiu marzymy? Jak z niego się wyplątać? Dlaczego tak ono wygląda?

A no prawdopodobnie dlatego, że od małego chłopca rodzice, szkoła i całe otoczenia wpajało, że najważniejsze w życiu jest mieć dobrą pracę, gdzie jedynym wyznacznikiem jej dobroci jest wysokość otrzymywanego wynagrodzenia. Oczywiście, aby taką prace najlepszą na świecie otrzymać, trzeba być prymusem w szkole. Akurat na prymusowość nie dąłem się namówić, lecz nie dlatego iż wówczas wiedziałem, że to nie jedyna droga, tylko z oczywistego lenistwa.

Taka sytuacja doprowadziła mnie do takiego miejsca w życiu, iż jestem dumny i szczęśliwy z faktu bycia członkiem rodziny, posiadania garstki znajomych może nawet przyjaciół, czy bliskości lasu w miejscu zamieszkania. W zasadzie niema na co narzekać, lecz jednak jest jedno istotne „ale”. Jednym z problemów jest czas, gdyż z posiadanych „bogactw” nie za bardzo jest kiedy korzystać. Być może lepsza organizacja mogłaby zmienić ten stan, lecz wiele go nie poprawi, gdyż największym pożeraczem czasu jest praca zawodowa. Razem z dojazdem pochłania minimum 10 godzin dziennie. Najgorsze jest to, że przez te 10 godzin nie ratuje nikomu życia, nie produkuje np. zdrowej żywności, nawet nie robię no hmm no nawet kosza wiklinowego. Być może otrzymując wypłatę za te 10 godzin, pośrednio wpływam na wymienione braki, lecz to nie daje wielkiej satysfakcji.

Czy można inaczej? Czy można to zmienić? Jak to zrobić?

To są pytania, na które nie znam jeszcze odpowiedzi, lecz mam nadzieje, że wspólnie coś uradzimy.

2 Comments:

  1. Witaj, czytając Twój wpis jakbym czytała o sobie sprzed raptem kilku lat. Praca plus dojazdy nawet dłużej niż 10 godzin, jakaś satysfakcja z „dobrej pracy” niemniej jednak brak czasu na cokolwiek, dla rodziny, na pasje, brak odczucia, że robisz coś dla innych. Chwilowo jestem w „zawieszeniu” nie wykonuję wspomnianej pracy, cieszę się dniem spędzonym z rodziną, pracą w domu i ogrodzie i nie tylko. Dodam, że dla mnie ekologia to…misja. Wiem brzmi śmiesznie, ale gdy widzę ile osób jest chorych i to ciężko przez to , że je syfne jedzenie, bo tak naprawdę od tego się wszystko zaczyna, to jest mi b. smutno. Mam swój ogród ekologiczny, również kury, choć nigdy ich nie chciałam, ale zauważam że dzięki temu jesteśmy zdrowsi. Dlaczego misja, bo gdzieś w środku kiełkuje jakiś pomysł na życie dla innych. pozdrawiam.

    • Super widzieć że pare osób tu trafiło i chciało jeszcze się im zostawić kilka słów. Super wiedzieć że jesteście.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *